
Po kilku godzinach wędrówki przez dżunglę byłam zgrzana, mokra, oblepiona kurzem i liśćmi. Najdziwniejsze jednak było to, co działo się w moich włosach. Dla niejednego entomologa widok byłby zachwycający: na mojej głowie powstało miniaturowe zoo. Czułam na skórze szybko poruszające się odnóża żuczków, gąsienic i pasikoników, które – zdaje się – były nie mniej ode mnie tym stanem rzeczy zaskoczone.
Lekkie zdumienie dostrzegłam też w oczach mojego przewodnika, chociaż tak naprawdę to on był jedynym winnym. Szedł przez cały czas z przodu, odnajdując w gęstwinie ścieżkę albo wycinając ją wśród splątanej roślinności. Za każdym razem, kiedy chciał się dobrze zamachnąć, podnosił maczetę i walił nią w gałęzie zwieszające się nad nami. Z tych gałęzi, liści, pączków kwiatów i dojrzałych owoców wysypywał się deszcz zaskoczonych taką gwałtownością owadów. Lecąc w dół starały się uczepić rozcapierzonymi łapkami jakiejkolwiek rzeczy, która stanie na ich drodze -– zanim zderzą się z ziemią. Tak się akurat składało, że tuż za maczetą Indianina znajdowałam się ja. Na mojej głowie zaparkowało więc kilka dziesiątków chrząszczy, tropikalnych biedronek, stonóg, pasikoników, much, pająków, włochatych liszek i mrówek. Zostały wyrzucone ze swoich gniazd, przerwano im posiłek, drzemkę albo zaloty. Na pewno nie były zadowolone. Gdyby owady umiały krzyczeć, to ich wrzask niósłby się daleko w dżunglę.
Ja właściwie też miałam ochotę wykrzyczeć swój protest przeciwko osadnikom na mojej głowie, ale w obecnej sytuacji postanowiłam zachować siły na dotarcie do rzeki.
Pół godziny później dostrzegłam błękit nieba przeświecający przez drzewa, a potem poczuliśmy cudowny, orzeźwiający zapach zgniłych ryb. Staliśmy nad rzeką. Przed nami, za błotnistym trzęsawiskiem ciągnął się mniej więcej dwumetrowy pas przybrzeżnego mokradła. Podczas pory deszczowej rzeka przybrała, zalewając spory kawałek dżungli. Przy drzewie nieopodal niecierpliwie chybotało się indiańskie czółno.
Czas naglił. Owady na mojej głowie zaczęły zdradzać oznaki niepokoju. Poczułam na szyi czyjeś skrzydła, kilkadziesiąt pazurków chwyciło mnie za ucho. Była to zdecydowanie najwyższa pora na kąpiel, tym bardziej że teraz, na otwartej przestrzeni, słońce oblało nas swoimi promieniami jak gorącą zupą. Czułam, że jeśli nie zanurzę się natychmiast w chłodnej wodzie, zostanie ze mnie na piasku tylko słona skwarka. Zanim jednak zbliżyłam się do wody, zadałam mojemu przewodnikowi sakramentalne pytanie:
-– Czy tu się można kąpać?
Amazońskie rzeki mają do siebie to samo, co amazońskie drzewa, czyli są wyjątkowo obficie zasiedlone. Na drzewach zadomowiły się owady, węże, ptaki i inne podobne im zwierzęta, często wyposażone w wymyślne narządy paszczowe, umożliwiające pozyskiwanie jedzenia z żywych osobników, tak słabo przystosowanych do obrony jak na przykład ludzie. W rzekach zaś mieszkanie i nieustannie zapełniającą się spiżarnię znalazły takie stworzonka jak kajmany, piranie, elektryczne węgorze czy płaszczki atakujące swoje ofiary za pomocą zatrutego kolca. Zawsze więc przed kąpielą w nowym miejscu trzeba ustalić, na jakie niebezpieczeństwa człowiek może być narażony. Czy ryzykuje tylko nadepnięcie na węgorza i porażenie prądem, czy też zostanie przywitany żarłocznymi szczękami piranii, z którymi nawiąże kontakt – że tak powiem – bezpośredni.
Eloy rozejrzał się, powąchał powietrze, zmarszczył czoło, a potem wypowiedział upragnione trzy słowa:

-– Si, se puede. Tak, można.
Nie czekałam aż zmieni zdanie. Przebiegłam przez trzęsawisko, przeczołgałam się przez mokradło, po czym – - o rozkoszy! – zanurzyłam się w lekko stęchłej przybrzeżnej wodzie. Na mojej głowie nagle zrobił się wielki tłok, a potem część owadziego bractwa wyplątała się spomiędzy moich włosów i odleciała, a inne rozpoczęły wiosłowanie z powrotem ku brzegowi. Ja popłynęłam w odwrotnym kierunku.
Nareszcie zmyłam z siebie lepki pot, kurz, brud i to wszystko, co zostawiły mi we włosach zestresowane owady. Woda była mętna, koloru brunatnego, na łydkach czułam łaskotanie kosmatych roślin, ale byłam szczęśliwa. Temperatura ciała z szalonych czterdziestu pięciu spadła mi do znośnych trzydziestu kilku. Chciało mi się śpiewać i wydało mi się nawet, że słyszę zespół instrumentalny, który gotów jest w tym śpiewaniu towarzyszyć. Skąd ta muzyka? Obejrzałam się. To Eloy stał na brzegu i walił kijem w ziemię. Musieliśmy ruszać dalej.
Odświeżona, czysta i lekka jak piórko wsiadłam z Eloyem do czółna. Po chwili zrozumiałam skąd bierze się we mnie to uczucie lekkości. Byłam głodna. Przeraźliwie głodna. Kiszki po odegraniu w moich wnętrznościach całego swojego repertuaru walców i tang, grały mi teraz najsmutniejszego marsza.
Od kilku dni żywiliśmy się tylko wodą z rzeki i farinhą , czyli prażoną kaszą z manioku, która pęcznieje w żołądku oszukując głód. Raz trafił się ptak, którego upiekliśmy nad ogniskiem. Miałam nadzieję, że nad rzeką łatwiej będzie coś złapać.
Przez następne dwa dni złowiliśmy kilka małych ryb. Ciągle byłam głodna. Płynąc któregoś poranka wzdłuż ściany dżungli, wystraszyliśmy ukrytego w przybrzeżnych zaroślach białą jak śnieg czaplę. Zanim Eloy zdążył chwycić za łuk i strzały, ptak wzbił się nad wodę łopocząc skrzydłami i odleciał. Wreszcie trzeciego dnia nasz los się odmienił.
Posuwaliśmy się w górę rzeki niezbyt szybko, bo jedynym napędem były wiosła poruszane naszymi własnymi mięśniami. Kto nigdy nie wiosłował pod prąd, ten nie wie jak szybko omdlewają ręce, szczególnie kiedy z nieba leje się na przemian tropikalny żar i huraganowa ulewa. My jednak płynęliśmy dzielnie do przodu, metr po metrze, zdobywając każdy kolejny zakręt rzeki. Aż nagle zobaczyliśmy przed sobą fontannę.
W amazońskiej rzece nie zakłada się rozrywkowych urządzeń ku uciesze gapiów, a jest tak z dwóch powodów: braku urządzeń i braku gapiów. Przez ostatnich osiem dni nie widziałam żadnego żywego stworzenia oprócz Eloya, odlatującej czapli i kilku ryb na moim haczyku. Była to kraina całkowicie bezludna, a zwierzęta tu mieszkające nie mają potrzeby ani budować, ani oglądać czegoś tak niepraktycznego jak fontanna. A jednak kilkadziesiąt metrów od nas w niebo tryskał pióropusz rozbryzgiwanej wody. Wieloryb?
Ależ skąd. Byliśmy w dżungli amazońskiej na południowym krańcu Gujany Brytyjskiej. Tutaj jJedyne większe ciała pływające tutaj w rzekach należą do manatów i delfinów słodkowodnych. Żadne z nich nie wypuszcza z nosa -– ani żadnego innego otworu – fontanny wody. Można by się zastanawiać czy w okolicy nie zamieszkał jakiś zwariowany staruszek, który po czterdziestu latach przepracowanych w wesołych miasteczkach zapragnął spędzić resztę życia na łonie natury w Amazonii, ale z zawodowego przyzwyczajenia wciąż buduje fontanny; można by też tłumaczyć sytuację istnieniem w dżungli zjawisk paranormalnych, ale po co. Eloy tylko raz spojrzał na fontannę i od razu wiedział co jest grane. Tym razem wypowiedział tylko jedno słowo:
-– Piranie.
Więcej nie było trzeba.

Podpłynęliśmy bliżej. Z odległości metra dokładnie widziałam fruwające w powietrzu rybie ogony. Piranie atakują swoją zdobycz całym stadem i w tym leży ich siła. Drugim warunkiem sukcesu są trójkątne, ostre jak żyletki zęby. Pirania błyskawicznie zbliża się do ofiary, wgryza w jej ciało i ucieka z pełnym pyskiem. Po chwili wraca po więcej. Do szaleństwa doprowadza ją zapach i smak krwi. Grupa piranii podpływa ukradkiem do ptaka siedzącego na rzece, rzuca się na niego od spodu i obgryza ze wszystkiego, co daje się przełknąć. Ptak się broni, walczy, stara się odrzucić zjadające go żywcem potwory, ale ryby mają mocne szczęki. Nie dają się strząsnąć, ich ogony fruwają dookoła ptaka, ale zęby są głęboko zatopione w jego ciele. Akcja trwa około minuty. Po chwili powierzchnia rzeki jest znów całkowicie spokojna, piranie odpływają szukać następnego dania, a jedynym śladem po tym, co się stało, jest garść piór na wodzie.
Pożarcie żywej krowy trwa około pięciu minut, tyle samo potrzeba na zjedzenie człowieka.
Zdaje się, że piraniom w rzece też ostatnio nie powiodło się polowanie. Było ich tu ze trzydzieści, kotłowały się, próbując przegonić jedna drugą od niezbyt dużej, mocno już nadgryzionej, niebieskiej ryby. Częściej niż zaspokoić głód udawało im się dostać zębami od innego żarłocznie rozdziawionego pyska. Z tego pewnie powodu – bo zbyt były zajęte walką o zdobycz – nie dostrzegły naszego czółna. Podpłynęliśmy bardzo blisko. Gdybym wyciągnęła rękę, mogłabym wyłapać ryby co do jednej. Nie zrobiłam tego jednak, słusznie się spodziewając, że piranie byłyby szybsze i odpłynęłyby w siną dal razem z moimi palcami.
Przystąpiliśmy wraz z Eloyem do bitwy o niebieską rybę. Piranie nie dawały za wygraną. Dopiero machanie wiosłem tuż nad ich głowami -– co skończyło się nabiciem paru guzów -– sprawiło, że choć niechętnie, jednak odpłynęły. Zwycięstwo! Czym prędzej wyłowiliśmy zdobycz. Cuchnęła tak okropnie, że cała dżungla dokoła nas na moment zamilkła z niedowierzania. Ta ryba musiała leżeć w wodzie chyba od czasów prehistorycznych. Była rozdęta i niezdrowo błyszczały jej wielkie oczy. Oczywiście zabraliśmy ją ze sobą na brzeg.
Czy ktoś, kto bardzo głodny idzie do lasu na poszukiwanie rydza, przejdzie obojętnie obok maślaka? Raczej nie. Roznieciliśmy ognisko, nabiliśmy śmierdzącą rybę na patyk i w oczekiwaniu aż się upiecze, zajęliśmy się urządzaniem obozowiska na noc. Pół godziny później Eloy zdjął rybę znad ognia. Spróbował. Zakrztusił się. Wypluł. Spróbowałam i ja.
Była niedopieczona, śmierdząca i smakowała jak nasiąknięta deszczem tektura. Popatrzyliśmy na siebie, wyskubaliśmy co się dało z najmniej zepsutej okolicy ogona, a potem poszliśmy spać.

Ale coś mi nie dawało spokoju. Przewracałam się w hamaku z boku na bok, drażniło mnie kumkanie żab i piłujące odgłosy cykad. Wyplątałam się z moskitiery i poszłam na brzeg. Zanurzyłam ręce w wodzie i nagle mnie olśniło! Codziennie rano i wieczorem, przed wypłynięciem i po dziesięciu godzinach wiosłowania, brałam orzeźwiającą kąpiel. W bliskim towarzystwie piranii. Dlaczego nie kłapnęły mnie dotąd swoimi paszczami?... Być może Eloy, który co wieczór popatrywał na rzekę zastanawiając się jak mi odpowiedzieć na pytanie „Czy tu się można kąpać”, zawarł rozejm z piraniami, które zgodziły się dwa razy dziennie odpuścić i nie atakować. A może wiedział, że gdybym po całodziennej pracy przy wiośle, kiedy brudna, zgrzana i zmęczona schodziłam na ląd, nie mogła się wtedy wykąpać, to i jemu groziłoby kłapnięcie paszczą. Moją. Zawsze twierdził, że kąpiel jest bezpieczna. Poświeciłam latarką na wodę. Wydawała się spokojna. Pewnie piranie w nocy też śpią.
Wróciłam do przygasającego ogniska, odnalazłam półsurowe szczątki niebieskiej ryby, posypałam je kasząa z manioku i zjadłam. Dopiero wtedy niepokój minął. Położyłam się w hamaku, zaciągnęłam dokładnie moskitierę i zamknęłam oczy. Byłam bezpieczna. Zawarliśmy właśnie pakt o wzajemnej nietykalności. Ja nie będę ich łowić, one nie będą polowały na mnie. Nie atakuje się przecież kogoś, z kim dzieliło się posiłek. Piranie w amazońskiej rzece muszą o tym wiedzieć.
Fragment ksiązki "Blondynka wsród łowców tęczy", wyd. National Geographic 2008
