Dym wisiał na drzewach. Wokoło ani śladu żywego ducha, tylko te dziwne kłębki i smugi, które rano mogłyby uchodzić za obłoki parującej rosy, ale teraz, w nocy, musiały oznaczać zupełnie coś innego: ogień. Czyli ludzi.
Szliśmy przez dżunglę już od dobrej pół godziny. Szybko zapadała ciemność, zielono-brunatne liście, korzenie i gałęzie stawały się coraz bardziej jednolicie szare.
- Daleko jeszcze? – pytam powstrzymując szczękanie zębów. Robi się chłodno i wilgotno.
- Blisko – mruczy Eloy i przyśpiesza kroku.
Noc w dżungli jest jak wędrówka po zoo, w którym zgaszono wszystkie światła i otwarto wszystkie klatki. Co chwilę coś mnie muska skrzydłami, dotyka palcami, kłuje kolcami, chwyta pazurami, bada językiem, ściska, opryskuje, drapie, zaczepia i klepie. Może to tylko ciernie na gałęziach, może to tylko przypadkiem strącone suche liście, może to wijące się pnącza, ale może to duchy, które czatują na nierozważnych wędrowców, demony z narzędziami do nakłuwania ludzkich dusz albo wojownicy, których nie spalono zgodnie z obyczajem i nie spożyto ich prochów zmieszanych z zupą z bananów podczas wielkiej uroczystości, na którą mogliby z daleka przybyć wszyscy krewni i przyjaciele. A może to tylko wampiry?... (Pospolite w dżungli amazońskiej; lubią przysiadać w nocy na odsłoniętym kawałku ludzkiego ciała i wysysać krew).
Nie mam latarki. Wszystkie bagaże zostały w łodzi z Gilberto. Wioska miała być cercita, czyli „bardzo blisko”. Zapomniałam, że żyjemy w strefie „jungle time”. To pojęcie po raz pierwszy usłyszałam chyba w Peru. Przewodnik z plemienia Kiczua znał po angielsku cztery wyrażenia: „good morning”, „goodnight”, „I love you” oraz „jungle time”. Kiedy zapytałam o której wyruszamy, odpowiedział z przekonaniem:
- O szóstej rano.
- O szóstej – upewniłam się. – O wschodzie słońca. Na pewno?
- Tak – odrzekł z przekonaniem, ale na wszelki wypadek dorzucił: - Jungle time.
„Jungle time” w wolnym tłumaczeniu znaczy: „lub coś koło tego”. Na podobnej zasadzie Arabowie przyjmując na siebie jakieś zobowiązanie dodają: „Enszallach”, czyli „jeśli Bóg pozwoli”.
Tym samym uwalniają się od jakiejkolwiek odpowiedzialności za własne słowa.
- Jutro tu będą na nas czekały wielbłądy?
- Tak jest! Enszallach, jeśli Bóg pozwoli.
A jeśli ktoś zaśpi, nie będzie miał ochoty wyruszać w drogę albo znajdzie sobie lepsze zajęcie, to znaczy, że „Bóg nie pozwolił” i nigdzie nie wyruszymy, bo nie zjawili się ani ludzie, ani wielbłądy.
„Jungle time” oznacza, że „o szóstej” może być „o ósmej” albo „o dwunastej”, jak tam komuś będzie pasowało. „Jungle time” oznacza, że mamy dużo czasu i nie ma sensu traktować go zbyt dosłownie. Nawiasem mówiąc, nie jest to koncepcja aż tak bardzo nam obca. Już kilkadziesiąt lat temu Louis Armstrong śpiewał, że „We Have All The Time In The World” – czyli że „nigdzie nie musimy się śpieszyć”. Indianie po prostu wprowadzili to hasło do codziennego użytku.

Patrzę na pięty Eloya, które błyskają w ciemności jak światełka naprowadzające samolot na pas startowy. Plask, plask, wdeptujemy w błoto, jego stopy robią się czarne i niewidoczne, stawiam kilka kroków po omacku i nagle wpadam na coś ciepłego i pachnącego wędzonką. To Eloy. Zatrzymał się na niewielkiej wykarczowanej polanie, na której stoi kilka szałasów.
Świecę latarką. Liście palmowe, którymi zostały pokryte, są zwiędłe i bure, a dawno nie używane paleniska zdążyły zarosnąć trawą. Czuję zimny dreszcz. Nie ma już wioski, która miała tu być!... Co teraz? Wracamy do rzeki? Nocujemy w dżungli? Jak? Nie mamy ze sobą nawet...
- Psst – mówi Eloy, jak gdyby moje myśli zbytnio mu hałasowały. – Vamonos! Idziemy dalej!
Jemu chyba też udziela się wampiryczny nastrój, bo pędzi coraz większymi susami, jak gdyby gonił coś, co w ciemności ucieka. Nagle stanął, zawęszył, skręcił w prawo, a kilka minut później wkroczyliśmy w Strefę Dymu, czyli obozowisko Indian.
Ogień jest konieczny do życia. Płonie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rano na ogniu piecze się banany i kolby kukurydzy, gotuje się maniok i bulwy uhine. Wieczorem do ogniska dokłada się świeże kawałki drewna, żeby powoli płonęły przez całą noc. Kiedy ogień przygasa, ktoś wychyla się z hamaka i go roznieca. Około północy szybko robi się chłodno, a Indianie śpią w tym, w czym chodzą przez cały dzień – czyli w niczym. Ten, kto pierwszy obudzi się rano, najpierw rozdmuchuje ognisko. Tam gdzie są Indianie, tam jest i dym, który ściele się pod kopułą dżungli, zawisa kłębami na gałęziach, a czasem płynie w powietrzu jak zabłąkany obłok, który przez pomyłkę spadł z nieba i nie wie jak do niego wrócić. Każda wioska, każdy upleciony w niej kosz, każde wiosło, każdy łuk, strzały i cartuchero czyli pojemnik na zapasowe groty, i każdy Indianin pachnie dymem jak wędzonka, która długo wisiała w kominie.

Kiedy wkroczyliśmy w Strefę Dymu, wiedziałam, że zbliżamy się do ludzkiej osady. Jednego tylko nie mogłam być pewna: jak zostaniemy w niej przyjęci.
Eloy wszedł pierwszy. Na jego widok Indianie poderwali się z miejsc i zaczęli pohukiwać indiańskie powitanie. Były to dźwięki krótkie i wysokie, przypominające nawoływania sów nocą. A potem weszłam ja.
Natychmiast zapadła przerażająca cisza. Zaskoczenie. Długa chwila wahania. Wszystkie oczy skierowane na mnie. Biała dziewczyna z długimi włosami, potargana, w jasnej koszuli i spodniach, z plecakiem wymazanym błotem. Zatrzymałam się w pół kroku i zrobiłam to, co zwykle robię w takich sytuacjach: przyjęłam anielsko niewinny wyraz twarzy i zaczęłam myśleć o łące porośniętej rumiankiem. Myśli człowieka widać na jego twarzy. Szczególnie kiedy się stoi naprzeciw szamana. Dał znak ręką, prawie niewidoczny, ale tak jak jestem pewna, że zobaczył w moich oczach kwiaty rumianku, tak wiem, że w tamtym momencie zadecydował o mojej najbliższej przyszłości. Pstryknął palcami na znak przyzwolenia. Poczułam się jak w filmie, który został zatrzymany przez operatora, a teraz znów puszczony w ruch. Indianie, którzy na mój widok zatrzymali się w pół kroku i zamilkli, teraz nagle ożyli i znów zaczęli pohukiwać jak sowy.
Nie miałam wyjścia; na powitanie najlepiej jest odpowiedzieć w języku gospodarza. Nabrałam powietrza, zastanowiłam się w jaki sposób przepuścić je przez mój narząd mowy, po czym – zaczęłam szczekać. Wrażenie było piorunujące. Psy zdębiały. Ogniska syczały ze zdumieniem. Liście na drzewach zadrżały. Księżyc zatrzymał się nad dżunglą i wlepił we mnie zdumione gały. A ja w niego, bo chyba tylko w niebie mogłabym szukać pomocy. Nie umiem huczeć jak sowa, ale uświadomiłam to sobie dopiero wtedy, kiedy wróciło do mnie moje własne szczekające echo. Zaraz za nim pędziła druga fala – równie rycząca, dudniąca, głośna i przenikliwa. To Indianie wyli ze śmiechu.

Rano przewodnik zaprowadził mnie do wodza, na którego mówiono el capitan. Wyciągnęłam do niego rękę. Wyciągnął swoją. Staliśmy przez chwilę jak Marsjanie badający powietrze między sobą za pomocą tajnych urządzeń ukrytych w dłoniach: ja z wyciągniętą ręką i wódz tak samo, nie dotykając się nawzajem. Ja czekałam na uścisk dłoni, a wódz pewnie myślał, że to taki dziwny zwyczaj białych ludzi: stać naprzeciw mierząc się na odległość oczami i ramieniem. Po chwili chwyciłam go delikatnie za rękę, ścisnęłam i potrząsnęłam. Jego dłoń była zupełnie nieświadoma tego gestu, sztywna i niezgrabna. I natychmiast pożałowałam swojej nachalnej europejskości. Tak łatwo jest wejść do wioski indiańskiej i jednym ruchem zniszczyć to, co do tej pory posiadali: nieświadomość naszego istnienia. Dla Indian, którzy nigdy nie zetknęli się z naszą białą cywilizacją, cały świat jest porośnięty dżunglą amazońską, w której czasem stoją pokryte puszczą lasy, a czasem płynie kręta rzeka. Nie ma nic więcej. Nie ma betonu. Nie ma miasta. Nie ma pieniędzy, ubrań, plastiku, metalu, elektryczności, drogi, samochodów, nie ma Indii, Polski, Australii ani Kanady. Nie ma telefonu. Nie ma papieru. Nie ma mydła.
Kiedy do wioski przyjdzie pierwszy biały z plastikowym talerzem w garści, to od tej pory Indianie będą poszukiwali takich talerzy i zastępowali nimi połówki tykw i kalebasy, których używali dotychczas. Biały przynosi szorty, więc Indianie wyrzucają guayuco, opaskę na biodra. Biały przynosi zapalniczki, czapki z daszkiem, bawełniane bluzki, żyłkę, skarpetki i płyn przeciw owadom. Stopy białego są uzbrojone w buty.
Od rana, gdy tylko wstałam z hamaka, przychodzili do mnie Indianie oglądać ten cud. Sami od zawsze chodzą na bosaka: po cierniach, korzeniach, jadowitych stonogach, mrówkach i brudnej ziemi. Nie raz widziałam jak po każdym powrocie z dżungli wojownicy zagryzając usta dłubali sobie w otwartych ranach na stopach za pomocą maczety albo strzały od łuku. Ja miałam tylko stare, zwykłe adidasy, ale dla kogoś, kto widział je po raz pierwszy w życiu, były cudownym wynalazkiem. Można je było założyć na stopy i iść przez dżunglę nie zważając na to, po czym się stąpa! Indianki podchodziły swoim cichym, nieśmiałym zwyczajem, dotykały moich butów i komentowały coś z westchnieniem na stronie. W taki sam sposób prosiły o trochę kawy, koszulkę albo chustkę na szyję.
Nagle w mojej głowie pojawił się szalony, ale realny pomysł: pojadę do miasta, kupię pięćdziesiąt par butów i przywiozę je Indianom w prezencie!... Koszt nie tak znowu wielki, a radości pewnie nie byłoby końca.
- Ale zaraz!!!... – coś mi wrzasnęło w głowie. – Jakie buty???.......
Przywieźć tu buty i skarpetki – żeby Indianie mogli wygodnie chodzić. Przywieźć stoły i krzesła, żeby mogli wygodnie jeść z nowych plastikowych talerzy – widelcem, nożem i łyżką.
Doprowadzić prąd, żeby mogli sobie szybciej ugotować jedzenie. Zrobić pas startowy, żeby mogli polecieć do miasta i kupić co im potrzeba.
Czy to jest postęp cywilizacyjny czy zniszczenie czegoś, co ludzie żyjący tu w dżungli wypracowali sobie przez tysiące lat?.............

Przecież nikt, kto tu przyjeżdża z zewnątrz, nie wie tak naprawdę kim są Indianie ani na czym polega ich odwieczny związek z dżunglą, ani czy są w niej naprawdę szczęśliwi. Wszystko co wiemy albo co możemy odgadnąć, wydedukować czy czego możemy się domyślić – będzie zawsze tylko i wyłącznie spojrzeniem człowieka z zewnątrz. Nawet badacz, wykształcony naukowiec antropolog mieszkający u Indian przez wiele lat, nigdy nie będzie w stanie s t a ć s i ę Indianinem, w i e d z i e ć, o d c z u w a ć i m y ś l e ć tak jak on.
Każda próba opisania życia fizycznego i duchowego Indian amazońskich jest tylko opisem z perspektywy naszej białej cywilizacji. A ja myślę, że to jest jak życie na zupełnie innej planecie, którego nie można opisać n a s z y m i słowami, zrozumieć n a s z y m i pojęciami ani poznać n a s z y m i zmysłami.
Takiego opisu mógłby dokonać tylko jeden z nich. Ale oni mają co innego do roboty.
Kiedy patrzyłam na krótkie, szerokie, twarde, bose stopy Indianki siedzącej przede mną, wciąż zaskoczona głupotą pomysłu kupienia im wszystkim butów, pomyślałam, że Indianie w amazońskiej dżungli są jak dzika, piękna orchidea, która rośnie głęboko w puszczy, uczepiona jednej z gałęzi wielkiego drzewa. Czasem brakuje jej słońca, czasem musi walczyć z pasożytami, czasem siecze taki deszcz, że obrywa jej płatki. Ale ona żyje. Osiągnęła stan równowagi ze światem, który ją otacza, stała się jego częścią. Tylko tutaj, w tym środowisku, będzie miała taki kształt, kolor i zapach.
Można by jej ulżyć – przesadzić do ogrodu, zakryć parasolem, włączyć sztuczne naświetlanie i zaszczepić przeciw szkodnikom – ale wtedy stanie się zupełnie inną orchideą, a po pewnym czasie upodobni się do innych kwiatów w ogrodzie. Po tej prawdziwej nie pozostanie nawet ślad.
Czy o to właśnie chodzi?
Czy istnieje taka osoba, która jest w stanie stwierdzić z całą pewnością, że to właśnie będzie najlepsze dla Indian mieszkających dotąd daleko w dżungli?
Myślę, że nie.
Myślę też, że Indianie mają taką otwartość do świata i umiejętność adaptacji do otaczających warunków, że szybko przystosują się do nowego życia, które przynosi ze sobą biały człowiek, a ich własne życie po prostu przestanie istnieć.
Nie chodzi mi o to, że „trzeba zachowywać tradycje ludów prymitywnych” albo „nie pozwolić, żeby wyginęli ostatni prawdziwi Indianie” – bo tak mówią biali etnografowie i antropolodzy, którzy chcieliby jeszcze coś zbadać i opisać. Ja się tylko zastanawiam czy dla samych Indian nie byłoby lepiej pozostać tam, gdzie są, bez nas, bez naszych chorób i naszych problemów?...
W zeszłym roku, kiedy ukazała się książka „Blondynka w dżungli”, wiele osób zadawało mi pytanie:
- Po co tam wracasz, do tych węży, skorpionów, mrówek i jaguarów, po co chcesz się tak umęczyć, po co ryzykujesz malarię, żółtaczkę, cholerę i paciorkowca, po co cierpisz głód, marzniesz w nocy, rozpływasz się z gorąca za dnia, po co pchasz się w miejsca, z których zlatujesz na złamanie karku, po co wędrujesz przez dżunglę z ciężkim plecakiem, w słońcu i w deszczu, odparzasz sobie tyłek, kąpiesz się wśród piranii, obłażą cię pchły piaskowe, lecą ci na głowę pluskwy, gonią karaluchy, po co?... Po co ci to?...
Odpowiadam:
- Ponieważ puszcza amazońska to ostatnie znane mi miejsce na ziemi, gdzie człowiek jest wciąż człowiekiem. Tutaj nie istnieje nic takiego jak stres, pośpiech, przestępczość, telewizja, gazety, instytucje, urzędy, nadużycia finansowe, dziury budżetowe, religia, pieniądze czy polityka. To jest ostatni świat wolny od uwikłań, zależności, intryg, oszustw i kłamstw. Nikt tu niczego nikomu nie obiecuje. Każdy jest wolnym człowiekiem, który odpowiada tylko przed sobą i sam musi zadbać o siebie. Dlatego tam jeżdżę. Dlatego pewnego dnia stamtąd już nie wrócę.
Fragment ksiąźki "Blondynka wśród łowców tęczy", wyd. National Geographic 2008
