
Pierwsze dni na łodzi były radosne. Maciek i Paweł upajali się słońcem i rybami złowionymi przez naszych dwóch motoristas i przewodników. Płynęliśmy w górę Orinoko. Stopniowo wiosek było coraz mniej, rzeka coraz bardziej kręta i porośnięta na obu brzegach gęstą dziewiczą puszczą. Na noc zatrzymywaliśmy się w leśnych obozowiskach. Po tygodniu wpłynęliśmy w jeden z małych dopływów. Tutaj miała się rozpocząć prawdziwa przygoda.
Zeszliśmy z łodzi na ląd. W wilgotnej i gorącej dżungli aż trudno było oddychać.
– Supcio! – powiedział zadowolony Maciek. – Wreszcie nie ma moskitów!
Paweł, drugi student, milczał. Był pewnie pod wrażeniem wielkiej amazońskiej ciszy, jaka czasem panuje w dżungli. Ciszy przed burzą.
– Supcio! Tu jest zupełnie tak samo jak w Puszczy Białowieskiej! – Maciek zarzucił sobie na ramiona plecak. Miał w nim trzy aparaty fotograficzne, nieprzemakalne buty, nieprzemakalne spodnie i kurtkę, specjalne szybkoschnące ręczniki i wiele innych gadżetów. Poradziłam mu, żeby wyrzucił co najmniej połowę bagażu, bo w dżungli każde pięć kilo waży piętnaście, ale spojrzał na mnie z góry i oświadczył, że ma odpowiednią kondycję i wie co robi. Paweł milczał.
Ruszyliśmy ścieżką przez dżunglę. Była tak wąska, że trzeba było iść gęsiego: na przedzie jeden Indianin, potem ja, Maciek, Paweł i drugi Indianin. Obaj studenci rzeczywiście byli przygotowani: ubrali się w długie spodnie ze specjalnej bawełny, nieprzemakalne buty, koszule, kamizelki i moskitiery na twarze i szyje. Maciek wyglądał jak Indiana Jones.
Przeszliśmy przez jeden strumień, drugi, trzeci – i wtedy się zorientowałam, że z pięciorga zostało nas tylko troje: dwóch Indian i ja. Indiana Jones i Paweł zniknęli. Czym prędzej ruszyliśmy z powrotem.
Znaleźliśmy ich nad drugim strumieniem, umorusanych jak nieboskie stworzenia. Co się stało?... Maciek popatrzył na mnie ze złością.
– Nie uprzedziłaś nas, że w dżungli są przeszkody wodne.
Jakie przeszkody wodne?!... Strumień, który nawet mnie nie sięgnął do kolana, to jest „przeszkoda wodna”, która może zatrzymać prawie dwumetrowego chłopa?...
– Nie mogę zamoczyć butów – oświadczył Indiana Jones. – Trzeba zbudować most.
Przetłumaczyłam to zdumionym Indianom. Byli półtora raza mniejsi od Maćka i Pawła, prawie zupełnie nadzy (jeśli nie liczyć przepasek na biodrach) i szli przez dżunglę na bosaka. Poszli ściąć maczetami drzewko, które można by położyć nad strumieniem.
Od tej pory posuwaliśmy się w żółwim tempie. Przed każdą „przeszkodą wodną” Maciek i Paweł czekali aż Indianie zbudują im mostek i przeprowadzą ich po tym mostku za rękę, bo czasem był za wąski, żeby odważyli się przejść o własnych siłach. Czasem zdejmowali buty i przechodzili przez wodę na bosaka, ale potem szukali ręczników, suszyli się, z powrotem wkładali skarpetki i buty i dopiero byli gotowi iść dalej. Najbardziej w świecie bali się, że do ich drogocennych nieprzemakalnych butów naleje się wody i będą mieli mokre stopy. Paweł, który wcześniej studiował medycynę, powiedział, że to najgorsza rzecz, jaka się może przytrafić wędrowcowi: mokre buty i mokre nogi.
Daję słowo, oni naprawdę nie wiedzieli co to znaczy „najgorsze”.
Ja miałam mokre nogi od rana. Strumień nie strumień, najważniejsze, żeby posuwać się do przodu. Kiedy drogę przecina potok, to albo się przez niego przechodzi, albo przepływa. W dusznym upale dżungli przyjemnie jest, kiedy do butów nalewa się zimna rzeczna woda.
Ledwie na jakimś odcinku zdążyłam się rozpędzić, zatrzymywało mnie wołanie Indiany Jonesa. Przeszkoda wodna, kamyk w bucie, pić mu się chce. Siadaliśmy z Indianami w cieniu i czekaliśmy aż Maciek i Paweł nas dogonią. Z daleka było słychać ich sapanie. Raz wydawało mi się, że słyszę szemranie strumyka przed nami.
– Ja sprawdzę! – powiedział od razu Maciek i znikł za krzakami. Po chwili usłyszeliśmy łomot, huk i dziki wrzask, po czym zapadła całkowita cisza. Paweł zbladł. Indianie drzemali.
Poszłam sprawdzić co się stało. Z Maćka została tylko górna połowa. Reszta – od pasa w dół – tkwiła w czarnej dziurze. W dżungli pełno jest takich miejsc. Dlatego zbaczać ze ścieżki trzeba ostrożnie. W Amazonii zabłądzić jest łatwiej niż w labiryncie.
Indiana Jones miał minę kompletnie zaskoczoną. Kiedy wreszcie odzyskał głos, zażądał, żeby go wyciągnąć. Był cały utytłany w błocie, miał koszulę podartą na łokciu, moskitierę zwisającą z kapelusza w strzępach, a do nieprzemakalnych butów nalała mu się woda. Zaczynał wyglądać jak człowiek. Usiadł z lekka oszołomiony ostatnimi wydarzeniami i łypał na mnie złym okiem. Nie uprzedziłam go, oczywiście, że w dżungli jest jak w kosmosie: można przypadkiem wpaść do czarnej dziury. A gdybym mu nawet powiedziała, to i tak by nie uwierzył. Tak jak w następnej chwili, kiedy wrzasnęłam, żeby machał rękami i zerwałam się na równe nogi.
– Osy!
Ale Indiana Jones patrzył na mnie jak na ogryzek po kwaśnym jabłku. Zdaje mi się, że miał zamiar powiedzieć coś obraźliwego, ale nie zdążył. Wielka czarna osa wbiła mu się w policzek. Oczy stanęły mu w słup, zbladł, a potem wydał z siebie wojenny ryk. Liście na drzewach zadrżały, Indianie spojrzeli na niego z podziwem, a osa podjęła wyzwanie, odleciała na metr, zakręciła, wzięła rozbieg i przysoliła mu w drugi policzek. Nie czekałam jak potoczy się ta nierówna wojna. Czarne amazońskie osy znane są z tego, że atakują bez powodu i bez końca. I bardzo boleśnie. Pociągnęłam Maćka za sobą z powrotem na ścieżkę. Puchł z szybkością drożdżówki. Z lewego oka wkrótce została mu tylko szparka. Prawym rzucał mi wściekłe spojrzenia.

Przygotowaliśmy mu okład z liści rozgniecionych z rzeczną wodą, ale nie chciał. Zaczął szukać czegoś w plecaku. Na samym dnie znalazł apteczkę harcerską i zapasową parę długich spodni. Poradziłam mu, żeby skorzystał z indiańskiego środka na opuchliznę, który zadziała dziesięć razy lepiej od najlepszej maści przywiezionej z Europy i trzymanej od dwóch tygodni w gorącym plecaku. Nie chciał. Poradziłam, żeby nie wkładał na siebie ostatnich suchych spodni, tylko zachował je na noc, kiedy zrobi się chłodno, i żeby nie nosił w plecaku mokrych, bo spleśnieją. Mokre ubranie w dżungli najszybciej schnie na ludzkiej skórze. Nie chciał. Poradziłam, żeby nie czekał aż Indianie zbudują mu mostek nad każdą kolejną „przeszkodą wodną”, bo to bardzo opóźnia marsz i w takim tempie nie zdążymy przed zmrokiem dotrzeć do obozowiska w pobliżu strumienia z pitną wodą. Nie chciał.
Poradziłam mu, żeby nie zabierał się teraz za jedzenie konserwy mięsnej, bo po pierwsze musimy się śpieszyć, a po drugie to jest konserwa przewidziana na dzisiejszą kolację i żeby nie pił teraz rumu, bo mu zaszkodzi w upale.
Poradziłam mu wreszcie, żeby nie odrzucał rad przewodniczki, bo mogę się zdenerwować i przestać mu cokolwiek doradzać. Powiedział, że właśnie tego sobie życzy. Nie poradziłam mu więc, żeby strzepnął z ubrania jadowite mrówki, które zwabione zapachem jedzenia zaczęły go tłumnie obłazić.
W następnej chwili konserwa wylądowała w krzakach (co za marnotrawstwo; taka jedna puszka wymieszana z garnkiem ugotowanego makaronu wystarczyłaby dla czterech osób), a Indiana Jones wykonał skok ku czubkom amazońskich drzew. Nie doleciał. Spadł na ścieżkę obok swojego plecaka.
– Wąż! – wrzasnął. – Ukąsił mnie wąż!
Pokazał dwa krwawe punkciki na kostce, oświadczył, że za chwilę zapewne umrze od jadu i zażądał surowicy. Oczywiście nie miałam surowicy, bo po pierwsze trzeba by ją transportować w lodówce, a nie w czterdziestostopniowym wilgotnym upale, po drugie trzeba wiedzieć jaka surowica działa na ukąszenia jakich węży, a więc ustalić najpierw co go dokładnie ukąsiło, a po trzecie byli z nami Indianie, którzy potrafili korzystać z naturalnych leków, jakich dostarcza dżungla. A poza tym to nie był wąż, tylko mrówki.
Paweł zbladł jeszcze bardziej niż Indiana Jones. Jako były student medycyny przygotował się do wyprawy z tematów medycznych. Wyjaśnił drżącym głosem, że w takim razie najprawdopodobniej były to jadowite amazońskie mrówki, które zabiły w dżungli niejednego wędrowca.
– Mam halucynacje – jęknął Maciek. – Widzę potrójnie.
Uznałam, że to raczej działanie rumu, który obaj z Pawłem pociągali z butelki od rana i poinformowałam uprzejmie, że Indianie na te jadowite mrówki mówią veinte quatro, czyli „dwadzieścia cztery”, ponieważ po ukąszeniu człowiekowi pozostają dwadzieścia cztery godziny życia.

Nie było mowy, żebyśmy mogli iść dalej. Maćkowi przeszły halucynacje, ale leżał teraz na ścieżce z przerażeniem na twarzy. Paweł siedział nad nim jak zamurowany. Wyglądali tak, jakby za chwilę mieli spisać ostatnią wolę i odlecieć w niebyt. Nie byłoby z nich żadnego pożytku przy rozbijaniu obozowiska, wyjaśniłam więc, że nie wszystkie mrówki w Amazonii są zabójcami niewinnych studentów z Polski. To nie były veinte quatro. Niech się wezmą w garść i rozwieszą sobie hamaki zanim się zrobi ciemno.
– To był jadowity wąż – zajęczał Indiana Jones. – Czuję, że słabnę.
Ugryzienie mrówki wielkiej jak palec naprawdę boli, ale nie zagraża życiu bardziej niż spędzenie nocy na ziemi w towarzystwie skorpionów, pająków i węży. Indianie przynieśli liście palmowe, zrobiliśmy z nich dach chroniący nas przed deszczem, który w Amazonii może spaść podstępnie każdej nocy wprost do hamaka. Przyniosłam wody ze strumienia i zaczęłam obierać ziemniaki.
– Słabnę coraz bardziej – przypomniał mi cienkim głosikiem Indiana Jones. – Powiedziałaś, że Indianie znają lekarstwo na ukąszenie węża.
Oczywiście, że znają, ale byli właśnie zajęci rozniecaniem ognia z mokrego drzewa, co było znacznie ważniejsze niż leczenie wybujałej jak amazońska dżungla wyobraźni studenta z Polski. Ciekawe, że mężczyźni wolą umrzeć od zmyślonego ugryzienia węża niż przyznać, że to była tylko mrówka.
– Wezwij helikopter – zadyszał Indiana Jones. – Jest coraz gorzej, z każdą chwilą coraz gorzej.
Wydawało mu się chyba, że w Amazonii za każdym drzewem stoją budki telefoniczne. Trzeba było go szybko wyleczyć. Zerwałam garść trawy i kilka liści z drzewa. Wrzuciłam to do garnka, wymieszałam z ziemniakami i kazałam mu zanurzyć obie nogi. Indiańskie lekarstwo na ukąszenie węża. Specjalny gatunek ziemniaków, które wchłaniają jad i rzeczna woda jako rozpuszczalnik. Na pewno pomoże.
– Na pewno jest już za późno – zajęczał Maciek, wsadził obie nogi do garnka i zasnął. Paweł od dawna spał już w objęciach hamaka, którego nie zdążył rozwiesić.
Rano wstali cudownie uzdrowieni. Maciek w pośpiechu zapełnił kilka stron swojego pamiętnika z podróży, zapewne opisując jak udało mu się pokonać krwiożercze, dzikie i jadowite bestie czyhające na niego w amazońskiej dżungli, a potem zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w drogę.
Zupa z ziemniaków i nóg Maćka też się nie zmarnowała. Zjedliśmy ją na śniadanie.
Fragment ksiązki "Blondynka wsród łowców tęczy", wyd. National Geographic 2008
