Wtorek, 19 kwiat
Płomień kuchenki gazowej był niebieski i syczał jak wąż. Ujarzmiłam go garnkiem pełnym deszczówki, ale zemścił się na mnie kilkanaście minut pózniej, kiedy przelewałam wrzącą wodę do kubka, żeby zrobić Balkonowi gorącej czekolady. Ukrop rozlał się mi na palce. Ból był taki, jakby ktoś ścisnął mi dłoń potwornymi kleszczami. Przez chwilę przed oczami widziałam białą ścianę, ale opanowałam krzyk. Wsypałam do wody czekoladę w proszku, zamieszałam i podałam Balkonowi.
- Za gorąca - powiedział. - Nigdy nie piję gorących rzeczy. ...To znaczy już niedługo - dodał. - Bo jak morwa wykituję, to i tak będzie mi wszystko jedno.
- Nie kituj jeszcze przez kilka minut, dobrze? - poprosiłam chłodnym głosem, który kojąco działał na moje rozpalone i puchnące palce. - Muszę wyjść.
Marzyłam tylko o tym, żeby wetknąć poparzoną rękę w mokre od lodowatego deszczu liście. Ubrałam się z powrotem w rudą-kiedyś-zieloną kurtkę nieprzemakalną i wyszłam w dżunglę.
Szmer kropli przemykających między roślinami brzmiał jak uspokajająca mantra, która wprowadza myśli w stan doskonałej równowagi. Szłam powoli przed siebie, tak daleko, żeby uwolnić się od odgłosów obozowiska. Malezyjska puszcza łagodnie przyjmowała mnie do siebie. Nie podstawiała mi pod stopy korzeni ani śliskich kałuż czy błotnistych sadzawek, po których frunie się jak baletnica, by wylądować w końcu twarzą w rozmiękłej ziemi. Nie chłostała mnie gałęziami, ciernistymi pnączami ani kawałkami rozbujanych lian. Pozwalała mi iść naprzód prawie bez wysiłku. Słyszałam mlaśnięcia mokrych sandałów i coraz wyraniejsze odzywki ptaków i cykad. Zbliżał się zachód słońca - gdzieś tam daleko, za chmurami. Z przyjemnością wciągałam w płuca ciężkie od wilgoci powietrze. Po latach wędrowania po dżungli amazońskiej przyzwyczaiłam się do tego uczucia lepkiej wilgotności, które wciska się w każdy zakamarek skóry i wypełnia człowieka od wewnątrz. Lubię ten gęsty, bardzo zielony, duszny, gorący zapach dżungli.
Pulsujący ból i żar trawiący rękę przypomniał mi nagle o sobie. Kucnęłam i wsunęłam palce w kępę mokrej trawy. Co za ulga... Cudowny chłód... Przymknęłam oczy. Nawet niebo mi sprzyjało, bo deszcz ledwie teraz kropił. Pewnie nawet nie leciał już z chmur, ale z koron drzew, strząsany z gałęzi lekkimi podmuchami wiatru. Przesunęłam rękę w następne świeże, zimne miejsce. Ból ustępował, tak jakby rośliny miały moc wyciągnięcia go z ciała.
Fragment książki Blondynka Tao, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa NATIONAL GEOGRAPHIC.