Jadąc do ciebie, odtwarzałem w samochodzie szczególny audiobook – słuchowisko właściwie – dołączony do książki „Blondynka u szamana”…
Chciałam, żeby czytelnik nie tylko mógł przeczytać o dżungli amazońskiej i zobaczyć ja na fotografiach, ale mógł też usłyszeć na własne uszy jak brzmi świt na Amazonce. Dlatego jest to płyta pełna głosów puszczy, które
nagrałam w czasie podróży. A mój pierwszy prawdziwy audiobook ukaże się 26 maja nakładem Biblioteki Akustycznej – będzie to najnowsza książka „Blondynka, jaguar i tajemnica Majów”, która właśnie została opublikowana przez National Geographic. Będzie to audiobook w autorskim czytaniu i osobistym opracowaniu, pełen autentycznych dźwięków nagrywanych w Ameryce Łacińskiej. Chciałam, żeby poruszał wyobraźnię.
Książki też ją poruszają.
Po to je piszę – żeby skłonić do marzeń, które się potem realizuje.
Odsłuchiwanie głosów puszczy amazońskiej w aucie to jednak bolesne zderzenie marzeń z prozą życia.
Nazwałabym to raczej zderzeniem dwóch próz życia. Opowieść o tym, jak żyją Indianie w Amazonii, to też proza życia.
Ich proza.
Tak.
A twoja?
Ale co to jest proza życia? (smiech) Kojarzy mi się z czymś nudnym, przewidywalnym, od czego człowiek ma ochotę uciec – ku jakiejś poezji.
Ty nie uciekasz?
Jasne, że nie. Bardzo lubię wyjeżdżać, ale uwielbiam też wracać. Lubię być tutaj, bo robię zupełnie inne rzeczy niż w dżungli, przez którą się przedzieram wysmarowana błotem, śpię w hamaku, moknę w deszczu, jestem zmęczona, niekiedy zupełnie sama w obcym miejscu, nie mając nikogo, kogo mogłabym poprosić o pomoc. Mieszkam w wioskach indiańskich, gdzie ludzie mówią lokalnym narzeczem. Nie wspomnę o samej wędrówce przez dżunglę, z czym wiąże się zagrożenie ze strony rozmaitych stworzeń, tropikalnych chorób itp. A tu w Polsce mam do czynienia z zupełnie innymi obowiązkami…
… i stworzeniami.
Czasem nawet mam wrażenie, że jest tutaj więcej piranii i rekinów…
A te obowiązki?
Na przykład pisanie nowej książki. To jest zobowiązanie, jakie podejmuję wobec samej siebie. Żaden kontrakt nie zmusza mnie do pisania. Ale jeśli wracam z podróży i czuję, że przeżyłam coś ciekawego, zrozumiałam coś nowego o świecie, to piszę o tym książkę i wtedy zanoszę ją do wydawnictwa.
Zawsze tego samego?
Tak, zobowiązuje mnie do tego kontrakt.
Czyli jednak masz jakieś zobowiązanie.
To bardzo miły obowiązek, który mówi o tym, że jeśli napisze nową książkę podróżniczą, to pierwszeństwo w jej wydaniu ma National Geographic. Jeżeli ten wydawca nie będzie zainteresowany, mogę zwrócić się do innego.
A jak National Geographic zapatruje się na książki pisane dla konkurentów?
Podobają im się. [śmiech]
Zazdroszczą?
Tego nie wiem.
Pewnie obchodzą się smakiem.
To było dość zabawne, bo pierwszą książkę z poradnikowej, „obyczajowej” serii „W dżungli życia” zaniosłam do trzech wydawców i nikt nie chciał jej wydać.
Żartujesz?
Wydawcy pewnie obawiali się, że ta książka jest niespójna z moim wizerunkiem, bo piszę w niej o anoreksji, bulimii i innych „trudnych” sprawach. Pewnego dnia w radiu spotkałam Tomasza Raczka. Dość długo rozmawialiśmy o różnych sprawach, aż nagle Tomek powiedział, że niedawno założył własne wydawnictwo. „Naprawdę” – zapytałam zdumiona. – „Bo wie pan, ja właśnie napisałam książkę, której nikt nie chce wydać. Następnego dnia dostałam maila pt. „10 powodów, dla których chcę wydać Pani książkę”.
A wcześniej musiałaś wysłuchiwać „10 powodów, dla których nie chcemy wydać Pani książki”?
Nie pytałam jakie są powody.
W wywiadzie dla jednego z czasopism powiedziałaś, że zamieszkałaś w miejscu, w którym co rano słyszysz śpiew ptaków. Spodziewałem się w związku z tym bardziej wiejskiego klimatu, a nie szeregowców…
Mieszkam sama, więc bałam się, że gdybym miała dom na odludziu, to w czasie podróży bałabym się o jego bezpieczeństwo. Ale teraz myślę, że chciałabym mieć dom. I nawet wiem jaki. Będą tam rosły brzozy, będzie ogród z kwiatami. Sam dom będzie duży, jasny, przestronny, urządzony na biało lub waniliowo.
Czemu brzozy?
Bo je lubię. Dobrze mi się kojarzą.
A masz samochód?
Tak.
I umiesz zmienić w nim koło?
… a po co miałabym to robić?
Tryb twojego życia wymaga sporej zaradności, że nie wspomnę o radzeniu sobie ze stresem, strachem itd.
Jestem samodzielna, to prawda. A jeżeli czegoś nie umiem, nie mam problemu, żeby poprosić o pomoc. Ze stresem łatwo sobie poradzić poprzez sport i aktywny tryb życia. A strach to mój dawny znajomy, z którym zaprzyjaźniłam się w dżungli amazońskiej, więc nie jest mi straszny. Podczas 20 lat podróżowania zdobyłam pewne umiejętności i instynkty A poza tym kluczem do wszystkiego i tak najczęściej okazuje się zdrowy rozsądek i pozytywne nastawienie do ludzi, którzy to wyczuwają i tym samym się odpłacają.
Jak w takim razie wspominasz pierwsze swoje wyjazdy, kiedy tych instynktów nie miałaś wyuczonych?
Było bardziej blondynkowo. [śmiech] Zdarzały mi się różne dziwne przypadki, ale nigdy nie zostałam napadnięta lub w bolesny sposób okradziona. Nawet w bardzo niebezpiecznych miejscach, które instynkt samozachowawczy każe omijać. Dziś umiem je rozpoznawać.
Jak?
Unosi się w nich specyficzna energia, emanująca także od ludzi. To widać w ich oczach, gestach, czuje się w powietrzu. Miałam też pewnie dużo szczęścia, ale temu sprzyja odpowiednie nastawienie i brak uprzedzeń. Gdziekolwiek przyjeżdżałam, starałam się uczyć tam mieszkać. Do dziś, niezależnie od miejsca, po przyjeździe staram się wyobrazić sobie, jakby wyglądało moje życie, gdybym miała tam zostać – jakie zasady by mnie obowiązywały, jak by zachowywali się ludzie, co bym jadła na śniadanie, czego nie polubiła itd. Próbuję się do tego miejsca przymierzyć.
Dziennikarze pytają cię czasem, dlaczego nie zostałaś tam, gdzie ci się tak podoba.
I odpowiadam, że wierzę w przeznaczenie. Jeżeli znajdę pisane mi miejsce, zostanę tam. Zresztą… wiele razy byłam od tego o krok.
Gdzie?
Na przykład w Gujanie Francuskiej, w dżungli, gdzie stało kilka szałasów. W jednym z nich nagle pojawiła się kobieta, a ja poczułam, że to jest jej miejsce. Nie moje.
Odarłabyś ją z czegoś, zostając?
Nie. Wtopiłabym się w to miejsce. Ale ono mi było mi przeznaczone.
Nie to, tutaj?
Nie wiem. Może.
Łatwo o patriotyzm, kiedy tak często jest się poza krajem?
Lubię Polskę, to fajny kraj. Nie ma takiego drugiego na świecie. Choć – jak każdy – z wadami i zaletami.
Jakie wady miałoby zamieszkanie w dżungli amazońskiej?
Przede wszystkim brak prywatności. Tam żyje się we wspólnocie. Nikt nie ma szansy przeżyć w pojedynkę. U niektórych plemion ludzie mieszkają pod jednym, wspólnym dachem. Każdy ma tylko własne ognisko i hamak. I to właśnie niespecjalnie leży w mojej naturze. Bo ja lubię czasem pobyć sama.
Wydawałoby się, że trudno o miejsce bardziej sprzyjające samotności niż wioska w dżungli.
O nie! (śmiech) W dżungli samotnie można tylko umrzeć. Łatwo się też milczy. Zbyt wiele rzeczy oddziałuje na zmysły, by zagłuszać je rozmową. A dżungla amazońska to najbardziej zmysłowe miejsce na ziemi.
Tubylcy też milczą?
Tak, bo wtedy lepiej słychać gdzie jest kolacja, którą trzeba sobie upolować.
„W podróżowaniu najważniejsze są emocje i wyobraźnia”, tak napisałaś w jednej z książek.
I rozumienie oraz przeżywanie czegoś, czego nie przeżyłoby się tutaj. W podróży jest się kimś innym. Inna jest codzienność. Za każdym razem, gdy wracam, czuję się inna.
I te inności się kumulują?
Tak. Jak w grze komputerowej, w której ma się kilka żyć. Ja w podróży mam właśnie to inne życie.
Ale jedno. Bywa, że jeździsz w miejsca, które trawią konflikty zbrojne. Nie poświęcasz im jednak miejsca w książkach.
Bo nie one są dla mnie najważniejsze. Wiele razy byłam w ogarniętej wojną domową Kolumbii, nie czując tego zagrożenia.
A zaminowana po obu stronach granica peruwiańsko-ekwadorska to nie zagrożenie?
Są miejsca, które należy omijać z daleka. Także w Kolumbii. Ale wojny dotyczą polityków i wojska, a nie zwykłych ludzi.
Jak porównałabyś stan ducha towarzyszący przybywaniu do tak różnych miejsc jak Amazonia, safari czy – ostatnio – Nepal?
Dżungli amazońskiej z niczym nie da się porównać. Kiedy przyjechałam po raz pierwszy na safari, pomyślałam, że wyglądałaby dżungla, gdyby wycięto z niej wszystkie drzewa. Na sawannie żyją stada dużych zwierząt, a w dżungli jest tak ciasno, że w gęstwinie raczej żyje się pojedynczo. Największe zwierzęta w dżungli to tapir i jaguar.
A to prawda, że tapiry są ludożerne?
Może się tak zdarzyć, w określonych okolicznościach. Ja też małpę zjadłam nie z ciekawości, tylko z głodu.
Z ciekawości byś nie zjadła?
Może też, ale ona wyglądała wtedy tak… uderzająco.
Wróćmy do stanów ducha.
Na sawannie w powietrzu unosi się wolność.
Człowiek też się tam czuje wolny?
Sawanna jest ogromna, wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Gdyby wysiąść z samochodu i ruszyć przed siebie, można by iść, iść, iść bez końca… To jest wolność.
Jeżeli na sawannie jest wolność, to co jest w dżungli?
Tajemnica. Magia. Strach. Życie i śmierć.
Oglądasz czasem programy podróżnicze w telewizji?
Niechętnie. Mam wrażenie, że to jest tworzenie pewnej subiektywnej prawdy na potrzeby badacza. Bo przecież kiedy w wiosce pojawia się kamera, życie jej mieszkańców się zmienia. Inaczej zachowują się wśród białych filmowców. Dlatego w rezultacie dostępny jest jedynie pozór prawdy, przeinaczony dodatkowo przez charakterystyczny dla nas punkt widzenia.
Pokora.
Raczej racjonalizm. Ostatnio byłam w Tybecie z grupą Polaków. Ich reakcja na ludzi, którzy tam mieszkają, była następująca: jacy oni są biedni! Oni nic nie mają! Rzeczywiście Tybetańczycy nie posiadają przedmiotów. Zamiast nich mają jednak tradycję, historię, słońce, które ich budzi co dzień rano, i wiele innych rzeczy, które sprawiają, że życie ma więcej sensu niż niejednego Polaka. Po zaoraniu ziemi jakiem idą do świątyni i mówią: tak, jestem szczęśliwy, bo wiem, jaka jest prawda.
Nawet pod chińskim jarzmem tak mówią?
Tak. Bo dopóki Tybetańczyk będzie mógł pójść na pielgrzymkę do Lhasy i będzie miał swoją duszę, buddyjskie chorągiewki i wiarę, to będzie czuł się szczęśliwy. To jest ważniejsze od wszystkiego, co Chińczycy mogą spalić czy zburzyć.
Przy oporze, jaki opisujesz, trudno nie przewidywać postępu tej okupacji.
Tybetańczycy nie wzniecą powstania, ponieważ w ich naturze nie leży walka zbrojna. Sądzą, że trzeba żyć w zgodzie ze wszystkimi istotami. Dlatego Tybet ginie. Podobnie jak Amazonia. Oglądałeś film „Avatar”?
Tak.
To właśnie film o Amazonii i Tybecie.
Czy jako turyści degradujemy te tereny?
Degradują je wielkie kompanie chcące zarabiać na wycinaniu drzew w poszukiwaniu surowców, szlachetnych gatunków drzew, złóż ropy naftowej. Codziennie wycinana jest część dżungli odpowiadająca wielkości boiska do piłki nożnej. Ludzie są bezmyślni.
Przywozisz do dżungli turystów. Jak na nią reagują?
Kiedy wysiadają z łodzi i schodzą na ląd, najczęściej milkną i patrzą szeroko otwartymi oczami. Nie są w stanie nic powiedzieć. Pewnie myślą, że za każdym drzewem czai się gotowy do ataku jaguar. Na początku panikują, widząc karalucha wielkości palca, a po kilku dniach bez emocji wyjmują go z ryżu. I wracają do Polski jako inni ludzie.
W jakim stopniu wyjazdy te pozwalają dotknąć pierwotności miejsc, do których docieracie?
Mamy bazę w dziewiczej dżungli. To miejsce, które odkryłam podczas jednej z wypraw, daleko od tras turystycznych. Prawdziwe.
Bywa niebezpiecznie?
Podczas jednej z wypraw płynęliśmy łódkami wzdłuż granicy terytorium Indian Corubos, którzy stanowczo nie życzą sobie wkraczania na ich terytorium. Nie mieliśmy zamiaru się zatrzymywać, ale okazało się, że ktoś pilnie musi skorzystać z toalety. Stanęłam więc z przewodnikami między dżunglą a rzeką, żeby w razie czego bronić życia Polaków przed indiańskimi strzałami.
Piszesz: „Rety, świt na peruwiańskich bezdrożach i amerykańska muzyka pop”. To właśnie globalizacja?
Tak. I chińskie latarki w sklepiku na skraju puszczy amazońskiej.
Nad czym obecnie pracujesz?
Nad nowym projektem, dzięki któremu wrażeniami z podróży będę mogła się dzielić szybciej niż na stronach książek, które ukazują się raz albo dwa razy w roku.
Prowadzisz aktualizowaną codziennie stronę beatapawlikowska.com, na której aktywni są twoi wielbiciele.
Pisanie w Internecie to coś zupełnie innego niż pisanie książki. Kiedy bierze się do rąk prawdziwą książkę, to wkracza się osobiście w zupełnie inny świat. Z Internetem jest inaczej, bo jest to miejsce publiczne, odwiedzane na chwilę, przelotnie. Ten mój nowy pomysł to rodzaj dziennika z podróży – w miękkiej okładce, z rysunkami, z emocjami. Pierwsze dwa planujemy wydać jeszcze w tym roku i ogromnie się z tego cieszę.
National Geographic?
Oczywiście.
Rozmawiał Kuba Frołow